S A S Z A N

13 lipca 2018

Started from the bottom now we here

 

Wiem, że się zapuściłam w pisaniu. Strona nieaktualizowana od kilku miesięcy. Dramat. 

Do poprawy. Obiecuję. 

 

Ale naszła mnie pewna wena. Zaczęłam coś skrobać na snapchacie, ale zabrakło znaków...

Więc jestem tu.

 

Co u mnie?

Zamknęliśmy materiał na płytę. Zostały jeszcze małe doszlifowywania, ale to już naprawdę drobnostki w skali całego materiału. Po raz kolejny udało mi się napisać wszystkie teksty na płytę. Jestem z tego dumna. Lepsze lub gorsze - moje. Ale o płycie na pewno zrobię oddzielny wpis - gdy już wyjdzie. Wtedy będziecie mogli czytać o niej, jednocześnie słuchając jej w tle. Tak będzie najlepiej. Muzyki jednak najlepiej słuchać, a nie o niej czytać ;)

 

A teraz chciałabym tak bardziej inspirująco. Może akurat dziś macie gorszy dzień, przeczytacie to i coś tam, coś tam w Was zaskwierczy. Zaskwierczy. Śmieszne słowo. 

 

Moje życie wiruje. Ciągłe zmiany, nowi ludzie, nowe wyzwania, zbiór pomysłów, inspiracje...

Wiem, że dla Was to wygląda bardziej jak: czekanie, czekanie, czekanie, czekanie. WIem doskonale.

Ale z mojej strony to ciągła praca. Taka 24/7. Problemy z zasypianiem, szukanie najlepszych rozwiązań, pomysłów. Bo wiem, że nikt za mnie niczego nie zrobi. No może poza moją menago - Asią. Ona za mnie robi dużo, haha. Ale nie wszystko. 

 

Są dni, kiedy leżę i patrzę się w sufit i zastanawiam się nad sensem wszystkiego. Serio. Dosłownie: siedzę na skraju swojej duszy, haha.

A kłód pod nogami coraz więcej i więcej, i więcej... Ile tak można? Okazuje się, że nie ma na to limitu. Przeskakuję nad tym wszystkim do upadłego. Potem wstaję i przeskakuję dalej. I nigdy nie wiem ile jeszcze będę tak skakać. 

Ale wiecie co? Wystarczy obejrzeć się do tyłu. I widzę, że skaczę coraz wyżej. 

 

W środę nagrałam tzw. "dream collabo" z Wac Toją (tak to się odmienia?). Wracając pociągiem z Koluszek do Wawy padł mi telefon, a ładowarkę zostawiłam w studio (klasyk - poprzednią zostawiłam w szpitalu). I wtedy zaczęły się rozmyślania z twarzą skierowaną ku szybie w pędzącym pociągu. Wyobraźcie to sobie. To ten moment pt. "Jestem w teledysku.". 

 

Przypomniało mi się jak to było, gdy nagrywałam swoją pierwszą piosenkę. Nie, nie "Świat Jest Nasz". Moim pierwszym autorskim, "przedwytwórniowym" utworem była piosenka na święta. "Merry Christmas Wihout Me". Obserwatorzy z 2011/2012 roku mogą pamiętać. Była to bardzo biedna, domowa produkcja w darmowym programie w języku angielskim. Nie gram na żadnym z instrumentów, więc o pomoc w aranżacji poprosiłam tatę. To był dopiero hardcore. Nie mieliśmy jak podłączyć starego keyboardu do zgraciałego laptopa, więc zostawała opcja: przypisanie klawiszy do LITER NA KLAWIATURZE LAPTOPA. Ogarniacie jeszcze? Tata grał na klawiaturze qwerty i musiał pamiętać jaki dźwięk odpowiada każdej z liter. A ja standardowo: wokale na mikrofoniku od skype'a. Kupiony za 10 zł w sklepie komputerowym w Żyrardowie. Ale nie miałam pieniędzy na wynajmowanie studia, realizatora... Nie było takich możliwości, więc dałam sobie radę inaczej. Potem znalazłam białe futro mamy, sukienkę z 18-stki i biegałam po śniegu między ustrojonymi fontannami na placu w Żyrardowie. Była też druga stylizacja - sukienka sylwestrowa mamy i ujęcia przy kominku. Umiałam już montować w programie Sony Vegas, więc zrobiłam z tego jakiś tam "teledysk". Operatorem "kamery" była mama. I wysłałam to w internet. Bo tak bardzo chciałam mieć coś swojego. 

 

Przypomniały mi się też pierwsze dni w różnych studiach nagraniowych. Już tych profesjonalnych. Wystraszona, z zaciśniętym żołądkiem nie umiałam trafiać w dźwięki i musiałam patrzeć jak za szybką kręcą na mnie głową. "To nie to.", "Nie no to jest jakaś masakra...". Ze łzami w oczach próbowałam coś z siebie dać, ale po prostu nie dawałam rady. Po tych kilku latach nagle wjeżdżam do studia z Matheo - wgrywam wokale na luzie. I mamy to. Wydawałoby się, że to nic takiego, a dla mnie to właśnie te kilka lat pracy nad sobą. Przeskakiwania przez te kłody o których wspominałam na początku. 

 

Dziś ponownie jadę do nowego studia wgrywać demo do kolejnego projektu. I oby tak dalej. 

 

I wiem, że dalej będę przeskakiwać. Rzadko mam z górki.

Ale mam Was, rodzinę, przyjaciół, cudownego chłopaka. Więc zawsze dam radę. 

 

Następnym razem już o płycie.

Luv,

Saszi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Saha na skraju załamania nerwowego, robiąca dobrą minę do złej gry. Studio Katowice

 

 

 

 

 

 

 

A to to już wiecie. 

Inne artykuły:

13 lipca 2018
  Wiem, że się zapuściłam w pisaniu. Strona nieaktualizowana od kilku miesięcy. Dramat.  Do poprawy. Obiecuję.    Ale naszła mnie pewna wena. Zaczęłam coś skrobać na snapchacie, ale zabrakło znaków... Więc jestem
14 grudnia 2017
Witajcie! Wczoraj na moim Instagramie i Facebooku ukazała się Wam okładka mojego kolejnego utworu - "Do Mnie Mów".   Już 19. Grudnia (wtorek) o godzinie 16:00 na moim kanale VEVO -
24 listopada 2017
WItam, witam, witam.   Mam przyjemność ogłosić, że wreszcie, po latach, po miliardach zapowiedzi: UDAŁO SIĘ. Otwieram swój sklep internetowy! Wszystko zaczęło się już około rok temu, gdy założyłam własną firmę.
24 września 2017
Oficjalna grupa Saszanators. Od lat moje ulubione miejsce w sieci. Podczas pytań w wywiadach często zapominam, że to właśnie tam najbardziej lubię przebywać. Zazwyczaj odpowiadam, że najbardziej lubię Instagram. A
19 września 2017
Witam wszystkich bardzo serdecznie na saszan.pl ! Wreszcie coś konkretnego, a przynajmniej tak mi się wydaje, haha :)   To właśnie tu zaczynamy od nowa tworzyć naszą historię. W zakładce "galeria"

© 2017 Szablon Dla Zespołu Muzycznego.
Proudly created with
WebWaveCMS.com